Notka niemerytoryczna >> środa, 2 lutego 2011 07:41:59
Ja, naturlich, ich liebe Dich
komentarze [0]Hahaaa... >> czwartek, 2 kwietnia 2009 07:15:16
Mój jesteś, mój, mój...!!!! :)))
----------------------------------------------------------------------------
komentarze [0]! >> środa, 12 listopada 2008 13:12:49
Eins, zwei, drei.... polizei!
----------------------------------------------------------------------------
komentarze [0]Jaki porzucony blog, jaki porzucony? >> poniedziałek, 1 września 2008 12:51:58
Ja nie porzucam! Może to z zachłanności Życia, albo po prostu nie umiem. Ten blog działa tragicznie - przez większość czasu go "remontują", jak niby w sumie nową autostradę A2. Po prostu dosyć mam kolejnego "dziadostwa".
Tą oto notką nasikałem tutaj, żeby oznaczyć swoją własność i ręce oraz inne 'członki' precz od mojego "czekamnacos"! :P Będę tu sikał jak mnie najdzie. Dzień dobry!
----------------------------------------------------------------------------
komentarze [0]Thank You, Good Night... >> piątek, 20 czerwca 2008 13:54:35
Nie chronologicznie z poprzednią, ale co tam...
Przyjechał po mnie jadąc z pracy. Auto brudne, zaniedbane - od kiedy nie mieszka z rodzicami, nie ma mu kto umyć i odkurzyć – fleja ;) Jak zwykle nigdzie mu się nie spieszy, wstępujemy po piwko, jedziemy do niego, a właściwie tam gdzie mieszka, czyli do domu rodziców żony. Specjalnie dla niej sprowadzają do Empiku w Częstochowie jakieś amerykańskie pismo dotyczące wystroju wnętrz, a z tego co widziałem na zdjęciach, to wystrój ma w stylu późnego Gierka. Mniejsza wersja Jacusia siedzi w wózku na tyłach domu w ogródku – rówieśnik Mai, a dwa razy większy kulfon jeden. Babcia koło niego skacze, a rodzice.. każdy swoimi sprawami zajęty jakoś. Uśmiecha się ufnie i nigdy nie choruje. Czekamy na nabytego przez Jacusia drogą ożenku przybranego syna-metalowca, który jedzie z nami. Okazuje się, że syn postanowił zabrać cały swój metalowo-czarny zespół, więc siadają z tyłu, ignorując całkiem nas „starych”. Ależ się poczułem. Bez pośpiechu wreszcie wyjeżdżamy, bo przecież „mamy kupę czasu”. Tamci z tyłu konferują o mikrofonach, wzmacniaczach, wokalach i podkładach, a ja czuję się z każdym kilometrem coraz dojrzalszy (czyt. starszy). Olewają nas, ale może to tez wynikać z naturalnego faktu nie darzenia sympatią nowego tatusia. Okazuje się, że J. ma dwie sprawy w Cz-wie, o czym teraz się dowiaduję: po pierwsze w Media ma kupić wszystkie remasterowane reedycje Breakout’ów, a potem jeszcze do tego Empiku wiadomo po co. Czas płynie. Czekamy na niego, a ja przysłuchuję się, czym to tam się dzisiejsza 18-letnia młodzież interesuje. No i nie doszedłem czym - gadają głównie o...niczym. Wyjeżdżamy z Cz. oczywiście w wielkim korku, czego niby mieliśmy uniknąć, no ale na pewno zdążymy, "bo mamy kupę czasu”. Jedziemy i dojechać nie możemy. Wreszcie Katowice, chłopaki jakieś nieobyte w świecie – pierwszy raz tu chyba, z przejęciem oglądają mijany Spodek. Dojeżdżamy do Stadionu, udaje się nawet znaleźć parking. Tłumy czarnych ludzi, atmosfera wielkiego pikniku, trawniki usiane małymi długowłosymi grupkami, pogoda cudna. Młodzież się odłącza od nas – co będą ze starymi prykami się pokazywać. Kierujemy się z nurtem. Wypijamy piwo i przekraczamy pierwszą bramkę (będą jeszcze 2). Jemy coś i wspinamy się na koronę stadionu. Wreszcie głębszy oddech – jesteśmy, zdążyliśmy. Znajdujemy miejsca. Jakiś Mnemic już zaczął grać. Niestety, kakofonia dźwięków - trochę brzmi to jak Korn i może nawet jest dobre, ale nie mam szansy by ocenić – nagłośnienie do kitu, albo siedzimy w niewłaściwym miejscu. Wokół jeszcze spore luzy. Ortodoksyjni wyznawcy M. zupełnie chyba nie zainteresowani twórczością tego M. Następni są kolejni M., czyli Machine Head, a to już znana marka. Cóż z tego, znowu nie da się rozpoznać co właściwie grają. Makabra. Zaczynam się bać. Wreszcie skończyli. W ludności duch nie ginie, społeczną inicjatywą powstaje znienacka tzw. fala, która z ogromnym szumem przewala się przez trybuny Śląskiego, porywając i nas w euforię ludzkiej solidarności - gdy tylko dochodzi do ostatnich zaludnionych miejsc widowni, odradza się natychmiast na drugim końcu z niegasnącą energią – takie perpetum mobile wydawało by się, bo zabawy końca nie widać i wszyscy są zadowoleni. Swoją drogą niezapomniane przeżycie jaka to energia, jaka potęga, jaki szum – trzeba doświadczyć. A swoją drogą mały się wydaje nasz piękny Śląski. Za nami, trochę na lewo, siedzi znany dziennikarz muzyczny Wiesiek Królikowski, nomen omen znawca twórczości Nalepy i Breakout’ów (patrz: zakupy w MM) i autor książek im poświęconych. Służby porządkowe wzbudzają też nasze zainteresowanie, gdyż są dość specyficzne – składają się bowiem z nieco puszystych młodzieńców, kobiet nie pierwszej młodości, a na uwagę zasługuje szefowa – bardzo puszysta dziewusia. Fajnie tak popatrzeć sobie na ludzików.
Wreszcie ruchy na scenie, technicy montujący sprzęt urastają do rangi gwiazd i zbierają owacje od zniecierpliwionej młodzieży, a co rusz wzniecane są gromkie wywoływania zespołu. Wreszcie podniosłe dźwięki z taśmy i mały Duńczyk zasiada za swoim zestawem, co wywołuje histerię oczywiście, bo to już. Ruszają, pojawiają się po kolei, a każdy chciałby ich dotknąć, by sprawdzić czy są prawdziwi, czy to jeszcze nie jakiś sen znużonego podróżnika stojącego w śląskim korku.
Grają. Nagłośnienie niestety, choć spisuje się nieco lepiej, pozostawia wiele do życzenia. Darujemy im to, darujemy im wszystko, bo są wielcy. Szkoda tylko, że nie stało się to tak energetyczne, jak wtedy, kilka lat temu w tym samym miejscu, gdy zabrzmiały pierwsze dźwięki Enter Sandman, a ja odleciałem uderzony falą dźwięku i niewiarygodną energią. Człowiek się starzeje, przyjmuje wszystko z większa rezerwą i wątpliwościami, z niewiarą. Grają. Nie odmierzam im skrupulatnie tego co grają i w jakiej kolejności – są statystycy, którzy to dokładnie spamiętają i opiszą pilnie. Ogromny ekran w tle sceny pokazuje wszystko, kamerzyści kręcą, wielkie przedsięwzięcie zgniata mnie swym profesjonalizmem, no tylko to nagłośnienie. Po wielokroć powtarzam, że nie zawsze ważne są indywidualne preferencje muzyczne, ważne by to zobaczyć na własne oczy, bo to ogrom pracy przygotować coś takiego i przyjemność można czerpać z podziwiania takiego wielkiego przedsięwzięcia logistyczno-technicznego.
Wybuchy - jak na wojnie, błyski – jak na wojnie, huk niemiłosierny, potem feria świateł towarzysząca dźwiękowi ckm-u i efektowna erupcja sztucznych ogni – wszystko precyzyjne w czasie – to „One”, opowieść o facecie, który wszedł na minę... To chyba najefektowniejszy moment całości. Wszystkie utwory dobrze znane, wszystkie, o ile daje szansę Hetfield, wyśpiewane chóralnie, młodzież mamy anglojęzyczną – oczywiście żartuję – w większości to „fonetyczni”. Dobra, więc koncert trwa, słońce zachodzi, robi się chłodno, bo i wiaterek jest, wiaterek, który niestety porywa nam dźwięki i miesza straszliwie jak w kociołku w tej naszej niecce narodowego stadionu. 60 tysięcy człowieka w euforii, na dole morze głów, rąk, może komórkowych świetlików w trakcie odgrywanych metallikowych ballad. Oczywiste jest, że wszyscy się czują, jakby byli w centrum wszechświata, w najważniejszym miejscu na ziemi.
Grają. Kończą. Prowokacyjne kilkukrotne ‘Thank You, Good Night’, by wrzask ludzki osiągnął apogeum i nie pozwolił im wyjść. Bisują, i oczywiście jak to w ich stylu, zapodają na koniec kawałki, którymi powalają już i tak klęczącą ciżbę (co za słowo).
Koniec. Rozświetlają się jupitery, patrzymy po sobie, przekazujemy sobie spojrzeniami dobrą nowinę, nie chce się wracać. Rodzi się koncepcja, by się gdzieś tu zakamuflować i poczekać do niedzieli na mecz Polska – Dania. Koncepcja oczywiście niepoważna. Wychodzimy po stromiźnie stadionu powoli, oglądając się na pustoszejące pole bitwy, na potężną uśpioną już scenę. Radosny pochód wiedzie nas na parking i okazuje się, że to dopiero początek czegoś. Metalowo-czarne trio nie spieszy się zbyt - pewnie zaliczyli jeszcze parę piwek... Ruszamy, zajmujemy należne nam miejsce w korku, którego rozmiaru nie jesteśmy w tych ciemnościach w stanie ocenić, ale sądząc po tempie jazdy, a w zasadzie stania, musi być gigantyczny. Z nudów J. włącza CB radio i okazuje się, że to strzał w dziesiątkę. W eterze mienią się jak diamenty, dowcipne komentarze młodych ludzi, błyskotliwość niektórych podnosi mnie na duchu i daje wiarę w niezły poziom intelektualny społeczeństwa. Chichramy się do rozpuku przy dowcipach, utyskiwaniu na policjantów kierujących ruchem, przy pytaniach w rodzaju „czy ktoś jedzie w kierunku Warmii i Mazur koledzy?” itd. Najbardziej rozbawia nas dowcip o tym, czym się różni wibrator od policjanta. Po godzinie dopiero wyjeżdżamy z parku rozrywki na ulice Chorzowa (a może to już Katowice), ulice, na których nigdy, przenigdy nie znaleźlibyśmy się, ulice szare, smutne, dawno śpiące już, ulice, na których bym nawet chciał pomieszkać trochę, tak z ciekawości świata. Kolejna godzina to jazda/stanie do jakiejś większej, szerszej, główniejszej drogi, dającej nadzieję na szybsze przemieszczanie się. Wreszcie jest. Poprawna orientacja przestrzenna nie zawodzi mnie i już pędzimy w kierunku centrum Katowic, a potem na wylotówkę. Już obliczamy o której dotrzemy do domu, gdy nagle, tak koło Będzina natrafiamy na...... korek. Tym razem są w nim jeszcze tiry, żeby było ciekawiej. Poziom bluzgów i komentarzy w CB gwałtownie spada. Dominuje zdziwienie kierowców powyższych ciężarówek, skąd się wziął korek w tym miejscu o takiej późnej porze. Rodzą się nowe przyjaźnie, co lepsi znawcy okolic proponują drogi objazdowe i porywają za sobą zniecierpliwionych. My karnie nie opuszczamy głównego peletonu. Po kolejnej godzinie coś rusza, ścisk się rozluźnia i okazuje się, że winny wszystkiemu był remont jednego z pasów ‘gierkówki’. Zaczynamy jechać, młodzi z tyłu już dawno śpią. W Częstochowie wpadamy na kolejny korek – tym razem rozmowy w eterze są bardziej niewybredne – odwieczna wojna między kierowcami ciężarówek a osobówek zaognia się. Wreszcie pusta droga trzeciej kolejności odśnieżania, cała nasza i niech głupi zając sobie nie myśli, że pohasa. J. hamuje i cofa i..... poważnie się zastanawia, czy nie zabrać zwłok do domu, i wcale nie zniechęca go makabryczny widok rozwalonych flaków. Odwodzę go od tego i jedziemy do domu. Wreszcie. Kładę się spać. Jest chyba w pół do czwartej. Dziękuję Państwu i Dobranoc.
---------------------------------------------------------------------------
komentarze [0]Erło 2008. >> środa, 18 czerwca 2008 12:43:31
Co było widać gołym okiem?
1. Polacy grają bez animuszu, brak im werwy, adrenaliny, energii, ambicji, parcia na bramkę przeciwnika, tego, co nie ma nic wspólnego z umiejętnościami technicznymi, a jedynie z przemożną chęcią zdobycia bramki, wygrania meczu.
2. Polacy są stremowani, spięci, bojaźliwi, zachowawczy, podają w poprzek boiska lub do tyłu, muszą dostać lanie, by się nieco odblokować, ale wtedy z kolei brakuje im czasu lub umiejętności technicznych.
3. Polakom brak umiejętności technicznych, a to powoduje, że przegrywają w sytuacjach jeden-na-jeden i muszą dużo biegać za piłką, a to z kolei sprawia że szybko się zmęczą.
4. Polacy atakują zbyt małą liczbą zawodników (pewnie wynika to z bojaźni o swoje "tyły") i w związku z tym nie dochodzą do dośrodkowań, do pozycji strzeleckich, a nasi "snajperzy" zazwyczaj są bezrobotni (przykład: Smolarek w meczu z Chorwacją przez 25 minut nie mógł doczekać się piłki). Poza tym nie ma komu (jeden człowiek by wystarczył na każdym skrzydle) zamykać akcji w przypadku niecelnego, zbyt mocnego dośrodkowania, brak takiego... "zamknięcia" i asekuracji, no ale tu trzeba bardzo mocno główkować, żeby na to wpaść.
5. Polacy boją się oddawać strzały, zbyt długo próbują wypracowywać sobie sytuacje do strzału, a po drodze tracą piłkę. Lepszy byle jaki strzał w światło bramki, niż potężna bomba w publikę - znów kłaniają się umiejętności.
6. Polacy przekombinowują, miast grać futbol prosty i skuteczny. Nigdy nie będziemy Brazylią, więc chociaż grajmy jak ruscy: długie podanie - szybkie zgaszenie piłki przy nodze, następne podanie i strzał.
7. Polacy od kiedy pamiętam mieli i mają słabą psychikę - stresuje ich stawka meczu, oczekiwania kibiców, blokuje ich renoma przeciwnika, właściwie wszystko odbiera im pewność siebie - drużynowy psycholog do wymiany (patrz: efekty pracy psychologa z Małyszem w przededniu małyszomanii).
8. Polacy nie umieją na boisku myśleć niestandardowo, nieliniowo, brak im polotu i pomysłowości w grze - wszystkie podania jakie widziałem, były sygnalizowane, a nawet jeśli nie do końca, to powolność ich wykonywania dawała czas na skuteczne przeciwstawienie się przeciwnika.
9. Polacy są strasznie powolni - ruszają się jak muchy w smole i wszyscy są od nich szybsi, nawet Ci, notowani teoretycznie niżej w rankingu FIFA. Jak Polaka zawodnik drużyny przeciwnej wyprzedza, Polak zazwyczaj symuluje faul upadając bez życia, co zresztą jest dość charakterystyczne, lub w drugiej wersji - sam fauluje, co jest jeszcze bardziej charakterystyczne. Mamy kilku specjalistów od faulowania, a wszyscy za wzór obrali sobie Tomka Hajto. Faul to taki symbol bezradności Naszych na boisku.
10.Wydaje się, że ci starzy w naszej drużynie są już za starzy, a młodzi za młodzi i do tego brak jest nadziei, że w odpowiedni sposób się rozwiną. Wszystko jest źle cholera.
Na miejscu trenera zgłosiłbym zażalenie, że nikt go nie uprzedził iż polscy piłkarze to ciężki do obróbki materiał, a do tego mają kompleks wielkich imprez mistrzowskich i że jego praca pójdzie i tak na marne.
Zmiana trenera moim zdaniem nic nie pomoże - trzeba zmienić mentalność polskich graczy, a w szerszym kontekście - mentalność Polaków, żeby im się chciało.. chcieć.
P.S.Wyjątek od tego wszystkiego to piłkarz Roger Guerreiro (czy jakoś tak), który miał za mało czasu, by się tą naszą beznadzieją zarazić, a również trochę Smolarek Ebi.
P.S.II Przepraszam wszystkich nienawidzących futbolu za ten wpis - w następnych się poprawię, no chyba że ktoś nie lubi...... Metalliki :P
P.S.III Otrzymuję masę listów od kibiców z pytaniami, czy nie zechciałbym objąć stanowiska narodowego selekcjonera. No cóż Moi Drodzy, zastanowię się jeszcze...
---------------------------------------------------------------------------
komentarze [0]Pokój nr 93 >> wtorek, 17 czerwca 2008 12:23:07
Znów się błąkam po 99 pokojach, nasłuchując wewnętrznych głosów, nasłuchując wołań z przeszłości - wołań martwych przedmiotów. Zapadam się spojrzeniami w wyrwy po czymś, co kiedyś funkcjonowało, kontempluję kształty wyrysowane przez światło wokół krawędzi nieistniejących już żeliwnych konstrukcji. Przez luksfery próbuję zidentyfikować świat zewnętrzny, który jednak teraz nie jest mi już potrzebny. Chowam się w najciemniejszy kąt, wnękę najdziwniejszego pomieszczenia, pachnący butwiejącym czymś, i podglądam korytarze i pokoje, czekając aż wyjdzie to, co chowało się na odgłos echa moich kroków. Oswajam wzrok z ciemnością i przesuwam się jeszcze głębiej - tam, gdzie dotąd się bałem. Staję się częścią tej tajemnicy, kiedy wstrzymuję oddech i spowalniam bicie serca do niskiego basowego dudnienia raz na ileś tam, staję się integralnym składnikiem tego zapomnienia. Gdzieś na zewnątrz ani jeden ktoś nie zatęskni, nie wspomni, nie potrzebuje. W znieruchomieniu przestaję nawet interesować szarą mysz, która dokądś się przemyka. Echo kapiącej wody - tam gdzie woda, tam życie. Nie wykrywam jednak żyć w stopniu skomplikowania mnie, więc upraszczam swoją złożoność, zubażam swoje DNA, zamieram komórki mózgu blokadą dopływu tlenu. Scalam się z ciemnością - przenikamy się wzajemnie, chłonę zapach zagrzybionych murów, obserwuję spod przymkniętych powiek, czy nie objawi się tajemnica tego świata. Powoli się rozpadam, mięśnie pozbawione zadań - wiotczeją, tęczówki rozjaśniają się z braku dopływu dziennego światła, wysychająca skóra będzie pękać. To już mój świat. I nagle... rodzi się we mnie olśnienie, że teraz jestem prawdziwie wolny, że resztką sił rozpościerając ręce i dłońmi dotykając okalających mnie ścian, czuję namacalne wybawienie z wszystkich spraw, z trzymania fasonu i dzielenia się sobą z kimkolwiek. Jeszcze tylko zniosę z pokorą ból fizycznej dezintegracji i poczekam na błogie zaśnięcie w tym już moim własnym, oswojonym, zapomnianym świecie.
---------------------------------------------------------------------------
komentarze [0]Tytuł nieznaleziony >> poniedziałek, 26 maja 2008 14:16:16
Wierszem bym do Ciebie gadał, piosenką śpiewał graną na gitarze, albo smętnie na pianinie rozstrojonym po siostrze... Starałbym się uspokoić Twe wezbrane wody, rozkołysane brzegi Warty, obmywane wiosennym przyborem... Od wirów zdradliwych odwodziłbym Twe w zapomnieniu pływanie, od pokus wieczornych Cię odciął, okiełznał tylko dla siebie, ukierunkował Twoją wulgarność na mnie, dzikość podsycił i sam stał się dzikim. Rozszarpał po kątach szeptanie o północy, wytłumaczył miałkość takich ekscytacji. Wreszcie odwrócił się, odszedł, ukarał, zamknął się na Ciebie cierpiąc, bo to całe życie. Jest mi dobrze z samotnością jak nie wiem - jak dobrze być sobie sobą na osobności w ciszy. Zapalam przytłumione światła pokoju, włączam nastrój i zasłaniam rolety. Robię herbatę i piję ją małymi łyczkami, ważąc goryczkę z delikatną nutą. Pastwię się nad jednym chipsem, rozkruszam zębami. Dotykam przedmioty, układam je w dłoni, unoszę do oczu. Poprawiam poduszki, wygodnie się opieram, by spokojnie przymknąć oczy i... przypomnieć sobie Ciebie. Mogę być samotny, a jeśli przyjdziesz, przyjmę Cię po cichutku i pozwolę zapachnieć w moich pokojach, pozwolę Ci się rozsiąść... Może zechcesz napić się herbaty, może zechcesz od niechcenia rozchylić uda, może uklęknę na dywanie przed Tobą... Polubiłbym samotność z Twoim udziałem - tego jestem pewien. Niech nam się przez ubrania przesączy atmosfera cichego skupienia i szum muzyki. A potem.. potem sobie wyjdziemy na balkon i poszukamy Drogi Mlecznej, i poszukamy nowych komet - czystej namacalnej poezji nieba.
---------------------------------------------------------------------------
komentarze [0]Przy Tobie... >> wtorek, 13 maja 2008 13:31:01
Czuję się, jakby był koniec świata na głębokim wdechu ulgi, czuję się jakbym wygrał 16 milionów, jakbym ustrzelił misia na strzelnicy, jakbym w audiotele zdobył seata, jakbym wyciągnął najdłuższą zapałkę o całowanie się z najładniejszą w klasie, jakbym był Ronaldo i strzelił efektowną decydującą bramkę w finale Ligii Mistrzów w barwach Manchesteru, jakbym wyprowadzał z salonu świeżutką błyszczącą Yamahę, jakbym... zjadł najsmaczniejsze danie w życiu, jakby... mój list został listem miesiąca, czuję się jakbym załapał się na super-promocję, jakbym zbiegał z zielonego wzgórza, jakbym wystawiał głowę przez okno pędzącego samochodu, jakbym prowadził Vipera, jakbym leżał na Helu na plaży pod gwiazdami w Twoim śpiworze, z butelka piwa w ręku, z Tobą w ręku, z ręką między Twymi Udami, z udem przy Twoim Udzie,... jakbym tak od niechcenia wszedł do wody i nauczył się pływać. Przy Tobie czuję się, jakbym był na koncercie swojego życia, przy Tobie czuję się, jakbym właśnie grał solówkę przed stutysięczną publicznością w moim własnym zespole, przy Tobie czuję się, jakbym napisał „Hotel California”, przy Tobie czuję się, jakbym został kolejnym prezesem Orlenu, zajmując miejsce Chałupca, jakbym został premierem, szokując tym wszystkich znajomych, przy Tobie czuję się, jak pod tym parasolem w gronie najlepszych przyjaciół, jak w męskim, znakomicie rozumiejącym się towarzystwie, przy Tobie czuję się jak mijając na ulicy uśmiechającą się do mnie piękną kobietę, przy Tobie czuję się, jakbym został zaproszony na kobiece nagie przyjęcie.... Przy Tobie nie wierzę że mnie wybrałaś, przy Tobie jestem wielki, przy Tobie..... łapię się na myśleniu o seksie :)
---------------------------------------------------------------------------
komentarze [0]Sobota, posprzątane. >> wtorek, 13 maja 2008 09:48:25
Pogodna ładna, po raz pierwszy zrzucam kurtkę. Idę do sklepu, wyrywam się z okowów domu. Między jednym sklepem a drugim mijam swój blok, na parkingu siedzi w aucie tyłem do mnie sąsiad-kolega z zupełnie nie podobnym do siebie bratem emigrantem – macha mi za pośrednictwem bocznego lusterka. Idę dalej. Wracam ze szmacianą torba na ramieniu, kontemplując ostatnie łyki wiosennego kwitnienia, przed ukryciem się znowu w kilku ścianach obowiązków młodego stażem taty. Idą – sąsiad z bratem – kierują się w znanym mi naprawljeniju: albo sklep z alkoholami, albo pijalnia piwa. Pijalnia. Pytają czy idę z nimi, a ja zdaję sobie natychmiast sprawę, że to idealny moment, idealna pogoda, idealne towarzystwo, idealne wyjście mi naprzeciw.
Siedzimy pod parasolem, słonko świeci, leciutki wiaterek i... jakbym wreszcie był choć na chwilę wolny od reszty spraw. Litrowe kufle wdzięcznie filtrują i załamują słoneczne promienie. Luźne rozmowy, psioczenie na żony, tematy motoryzacyjne. Świeżo otatułowany brat sąsiada przyjechany z Anglii - trochę prymityw stolarski, lecz z każdym łykiem piwa zmniejsza się dystans między nami, gdyż jak wiadomo przy alkoholu poziomy intelektualne potrafią się zaskakująco wyrównywać – on nabiera ogłady, my mówimy coraz prostszym językiem, a nasze artykułowane potrzeby sprowadzają się do seksu i fajnych motocykli oraz fur. Stolarz z Anglii ma syna maturzystę, my z sąsiadem niecałoroczne jeszcze maluchy. Gadka-szmatka i gdzieś tak na początku drugiego kufla-giganta, na stoliku pojawiają się kieliszki wódki. Nie wiem co się dzieje, nie poznaję sąsiada, widocznie ma chandrę, widocznie się rozkręca, ale i tak szok. Cały czas przewiduję jakąś katastrofę alkoholowo-małżeńską, co zakłóca mi rozkoszowanie się tą towarzyską sytuacją w męskim gronie.
Nie pamiętam powrotu do domu, ale musieliśmy wyglądać przekomicznie. Potem podobno wylazło ze mnie wszystko co skrzętnie dusiłem w sobie by jej, tej przewrażliwionej onej, nie urazić, ale sam pamiętam tylko łzy swoje.
No i przejęła się.
---------------------------------------------------------------------------
komentarze [0]B-Sides >> środa, 7 maja 2008 14:18:43
Znowu ból z tyłu głowy - ktoś przykłada mi lufę magnum do szyi paraliżując.. słowa, myśli, pragnienia... Lekki ruch i ból się zwielokrotnia... Z tyłu, od szyi, rozpościera powoli raniące skrzydła ku bokom - skrzydła uzbrojone w szpony i młoteczki - przedziwne to stworzenie... Nawet nie mogę pokłonić się i błagać o wytchnienie, sztywno wpatrzony przez siebie, sztywno wsłuchany w dziwaczne wersje pinkfloydowskich standardów, staram się nie myśleć... przymykam oczy, pośród obowiązku pracy wyszarpuję drobne chwile na sen, pozorny sen, udawany przed samym sobą, kilkusekundowy... Obserwuję jak senność próbuje mnie ogarnąć, czuję wiotczejące mięśnie, wydaje mi się że mam kontrolę, pozwalam sobie posunąć się jak najbliżej krawędzi, za którą już tylko czarna otchłań...
Smutek tak chętnie wbija pazury w ramiona, tak swobodnie osiada na nich, w oczach mgła gęstnieje, krew leniwie odpływa do zatok, gdzie zacumowane statki kotwicą rezygnacji butwieją... Mruganiem zrzucam firanki matowiejącego spojrzenia, pytania rodzę w sobie i zabijam natychmiast. Bez doszukiwania się sensu, bez zgadywania w którą stronę zakręt za horyzontem pobiegnie, powoli sunę, toczę się grawitacyjnie. Leniwe tchórzostwo rozpościera się biernością... Resztką sił wkładam słuchawki do uszu i puszczam nadzieją brzmiące rytmy. Jak to dobrze i wesoło w strun gitary walić składnie, jak to człowiek się wybije i już nie jest całkiem na dnie... A może to tylko zagłuszenie szemrzących kłopotów, cisnących się garbato po kątach jadowitych karzełków, armii moich najgorszych cech, lęków, kompleksów...
Czekanie jest jak trzymanie pod językiem rozpływającej się tabletki smaku, jak lekka równia pochyła zakończona jasnością sytuacji.
Każde Twe słowo, mówione inaczej, bo z Ust Twoich padło, bo do mnie wysłane, każde spojrzenie w ekran, z ponad klawiatury, takie inne, tak specjalne, taką Cię widzę Moją, taką ładną wszystkim, taka jesteś 'swojska' w najlepszym znaczeniu, jakbym znalazł miejsce, w którym pełną piersią znajduje powietrze, a w nim zapach lasu, zapach przeznaczenia i zapach wolności. Gdy Cię nie ma, to jakby mi chleba i wódki zabrano, i zimnej przepitki zabrakło w lodówce, gdy Cię nie ma - chcę dzwonić i pisać bez końca, chce Twe zdjęcia oglądać i pielęgnować Tęsknotę aż do płaczu...
Czuję w moich kościach, w chybotaniu się serca czuję, że jutro może padać deszcz, ale jeszcze tej nocy możemy patrzeć w gwiazdy spleceni.... Czuję w lekkim bólu duszy, że mogłoby być lepiej, że bywało źle i dobrze, że mam za sobą trochę już,... a przed sobą jeszcze może kilka wzlotów... Droga nieprosta, dziurawa jakaś, brak przyspieszenia....
Zapada czasem taka cisza, że słychać komputer któryś. Coś w nim łka, coś wydaje periodycznie bardzo cichy, pulsujący pomruk egzystencji, wybijający się ponad szum wentylatora, jak statek w oddali gdzieś za widnokręgiem, jak odległe wspomnienie, marzenie, jak oddech śpiącego, zapadniętego w siebie w swoistej apatii, jak cicha mantra, jak hipnotyczna modlitwa, kołysanka... Już prawie słyszę szum fal....
komentarze [0]Na zachodzie wiosna. >> środa, 26 marca 2008 13:19:45
Po głośnikach myszkuje mi nostalgią Radiohead. Chciałbym powiedzieć że mam tylko 39 i pół, ale mam powyżej poprzeczki 40-stki. Wspominam wzruszenie ostatniej podróży. Ja to jednak mam wrażliwość łez jakąś przesterowaną. Kocham ten Kraj, a w zasadzie piękno przyrody smutnych wierzb rozsianych przypadkowo po podmokłych równinach nadwartańskiej sawanny. Autostradę A2 puszczono przez bezludne obszary, których pewnie nigdy bym nie ujrzał. Mówię Wam - jak okiem sięgnąć żadnej chałupy, pustka, aż korci by wysiąść, porzucić auto i brnąć przed siebie, żywiąc się paradoksalnie adrenaliną uderzającą z tego szczęścia bycia splecionym z naturą, adrenaliną ogarniającego zewsząd spokoju. Przeważnie raz do roku zaskakuję sam siebie poziomem tego wzruszenia, gdy widzę takie rzeczy w drodze dokądś. Lasy, pola łanów zbóż na wzgórkach, samotne drzewa, kręte nitki dróg lub przeciwnie - proste ich kreski po horyzont. Nie robiłoby to takiego wrażenia, gdyby to nie był mój Kraj. Można mówić różne rzeczy o chorej mentalności tego Narodu, ale przyroda ma to gdzieś i sobie... rośnie... A zatem jadę, w oczach mam łzy, ona nie widzi bo z tyłu - łzy których by nie zrozumiała.. Wysiąść, iść przed siebie ze scyzorykiem w kieszeni, stopami złączyć się z chłodem i wilgocią czarnej, błyszczącej ziemi, szeleścić trawą, trzciną, dzikim krzewem, zakorzenić się tam, zerwać z wszystkim... To nie do końca tak. Uświadomiłem sobie, że tak naprawdę szczęście tam by nie zaistniało bez Ciebie, uświadomiłem sobie, że mój zachwyt nad przestrzenią jest zachwytem nad Tobą, że to mój dziwny sposób na odczuwanie radości, gdy Ty daleko jesteś... Nawet nie umiem tego wytłumaczyć. Kasuję kolejne próby ubrania w słowa tego wzruszenia, tego że chodzi mi i o kontakt z naturą i o Ciebie, że wzrusza mnie piękno naszej przyrody, a może każdej przyrody, i piękno Nas razem, odczuwających to wszystko dokładnie tak samo... A gdybym chciał poleżeć w wysokiej trawie? Nie miałabyś nic przeciwko, gdybym siedział na wzgórzu i tylko patrzył...? A czy zrozumiesz łzy wywołane mijanymi znakami drogowymi, na których zmniejsza się liczba kilometrów? Jak dziecko, jak dziecko jestem....
Notkę sponsorowała grupa Radiohead - 'In Rainbows'.
---------------------------------------------------------------------------
komentarze [0]Pani Goździkowa, bo tatę ząb boli...!!! >> wtorek, 11 marca 2008 13:24:02
Jak trwoga to do Boga. W bólu męczącym skierowałem auto na przedmieścia naszej metropolii, by szukać ukojenia w ultranowoczesnej placówce stomatologicznej naszych znajomych. Wyboista, szutrowa droga prowadzi do budynku z ogrodem na dachu, przyklejonego do parterowego domku. Ilość aut ustawianych chaotycznie pod ścianą lasu świadczy o rosnącej zamożności naszego społeczeństwa, zważywszy na wygórowane ceny naszej Kryśki. Szklane drzwi, hol zalany fioletowym światłem, półkolista lada recepcji, korytarz w lewo - (dwa gabinety), korytarz w prawo (dwa gabinety), dalej jakieś wodospady, fontanny, salka audio-wizualna, garaż na 3 auta i takie tam... Zostajemy wpuszczeni na pokoje prywatne po "rozszyfrowaniu" elektronicznego zamka, a tam Jędrek mały sam sobie pozostawiony, wychowujący się bezstresowo, wpatrzony w wielką nawet nie wiem ilucalową plazmę bajek z dźwiękiem irytująco rozgłośnionym. Pod stołem kot rzadkiej rasy uodporniony już na wszystko chyba, a ja znowu przytłoczony tym ludzkim powodzeniem, ale pozytywnie przytłoczony, bo niech się ludziom powodzi, cieszę się ich "szczęściem" i rozradowany jestem jednocześnie, że mnie aż tyle nie trzeba - czasem nowy zegarek, czasem nowy telefon, czasem nowy inny gadżet, a z rzadka... seks. Kryśka bardzo miła, zawsze "rodzinnie" nastawiona i nawet mógłbym jej powiedzieć, że w czarnych włosach jest jej dobrze, bo w tym momencie ulgi po zabiegu na fotelu w każdym kolorze wyglądałaby jak anioł... wybawienia, tyle że obiektywnie patrząc byłaby to nieprawda. A zatem siedzimy sobie na skórzanych meblach firmy Kler, gapimy w największa plazmę w układzie warszawskim Panasonic i pijemy, a raczej one piją - naszego wdzięcznościowego Ballantines'a. Jędrek wariuje wychowany na równie wariackich bajkach puszczanych od rana do nocy non stop, rozbiera się, skacze, maluje twarz jakimiś farbami, urządza nam przedwczesny śmigus-dyngus, tratuje kota, pluje na podłogę i za nic nie pozwala przełączyć kanału na jakieś spokojne... reklamy w publicznej TV. Myślę że działa tu schemat: tata na dyżurze w szpitalu, mama w gabinecie, a dziecko niech sobie robi co chce - przyjdzie czas, to samo spoważnieje zapewne - grunt że nowa Ravka zakupiona, a kredyty się pięknie spłacają ;) Ech, chyba jednak jakaś zazdrość przeze mnie przemawia.
---------------------------------------------------------------------------
komentarze [0]Wake up my death... (tytuł jak każdy inny... bez znaczenia) >> czwartek, 7 lutego 2008 12:04:34
Dziś mało nie zaspałem. Wstałem i przystąpiłem do kompresji czynności na małą przestrzeń czasu. Z wizją uciekającego mi z przed nosa autobusu, prześlizgiwałem się po czynnościach absolutnie niezbędnych, choć po mniejszej niż zwykle gładkości szkliwa wnioskuję, żem nie dopełnił dostatecznie rzeczy. Zrezygnowany lekko, naciągałem sweter, a myślami byłem już na schodach,... a potem same schody...spłynęły mi pod nogami, a może ja po nich ślizgałem się ignorując co drugi.. (Zupełnie obok tego co piszę, pojawiło mi się teraz na chwilę uczucie rodem z "innych światów", a więc...... - ups... zniknęło.. nie ważne). Wreszcie wyrwany z klatki wybiegłem w przestrzeń wolności, powietrza i oddechu (czasem myślę, że domowa apatia ma swoją przyczynę głównie w niedotlenieniu mózgu szczelnością plastikowych okien). Czasu nie było by spojrzeć w czarne niebo, ale kątem czujnych zmysłów przeczuwałem, że rodzą się nowe gwiazdy, a napięcie jakieś w powietrzu zawisłe dało znać, że galaktyki coraz mniej spiralnie się kręcą, mgławice zaś jarzą się ferią barw niespotykaną od dawna zapewne. Gdy dochodziłem do przystanku, ktoś stracił życie, ktoś się urodził, ktoś inny miał pierwszy orgazm w życiu, a jeszcze inny - swój ostatni, większość zaś mających w tym momencie - po prostu kolejny, standardowy, pozbawiony wyjątkowości. Jakiś kot przebiegł ulicę, tylko cudem unikając rozpłaszczenia przez tira z napisem "Biedronka" - może to kolejne wcielenie Edwarda Gierka, ale czemu rzuciło go w moje strony akurat? Tak, stanąłem pod wiatą przystanku, ... a kosmos drżał, pulsował tętnem rodzenia się i umierania kolejnych wszechświatów, z perspektywy których wszystkie moje zachwyty są nic nieznaczącą cząstką czarnej pustki wypełniającej nicość. Pleksiglasowy daszek wiaty złudnie zapewniał mnie, że jestem bezpieczny, gdyby przypadkiem doszło do jakiejś kolizji z inną planetą lub bezpańskim meteorytem rzuconym w nasze strony. I tak stałem, stałem na przekór wiatrowi i kroplom deszczu, na przekór hałasującemu jednookiemu polonezowi (to polskie dziadostwo nasze) z uszkodzonym tłumikiem, dowożącemu do osiedlowego sklepiku ciachnięte bosko bułki. O czym tu myśleć - pomyślałem... i zaraz zrodziło sie pytanie - czy moi współstacze, którym przed chwilą podawałem rękę, aby myli swoje po porannym "wyprowadzeniu na spacer jaszczura". Ale co tam bakterie, co tam moja odraza, co tam takie rzeczy, skoro ku nam mknie potężny bezwładny głaz i zaraz po Euro2012 skończy się świat. A może skończy się wcześniej....jednym wielkim wstydem i upokorzeniem międzynarodowym. Achoj Przyrodo... Przygodo.. czy jak Ci tam ;)
---------------------------------------------------------------------------
komentarze [0]A teraz z zupełnie innej beczki... >> poniedziałek, 4 lutego 2008 13:19:09
Kto z nas miałby więcej do zabrania – nie ma pewności. Układam różne scenariusze, liczę rzeczy, ważę ciężar tego wszystkiego i wychodzi okropnie ciężkie. Poustawiam to pod krzywymi przybrudzonymi ścianami – tak sobie to układam w głowie. Trzeba by kupić jakiś telewizor by w samotności gapić się w świat. Stare głośniki szwagra, radmor, stary gramofon i dvd odżyłyby czystym dźwiękiem i obrazem. Rozkodowana satelita w tym momencie spadłaby jak z nieba. Umościć się na nowo, złapać wszystkie pająki, unicestwić pajęczyny, przewietrzyć... pocieszyć mamę, uspokoić znajomych... Usiąść i wypłakać się, oczyścić żale, dotrzeć do dna depresji, pogrzebać się trochę w błocie i wydźwignąć. Jestem zły. Taki dobry, a taki zły. Znowu zapomniałem, jak kiedyś w przedszkolu, żeby być grzecznym. Wymienić okna, rzucić jakąś wykładzinę, połatać dach, koślawa brama... Rozpalić w piecu, rozgrzać stare kości domu, wprawić w ruch anemicznie krążącą w rurach wodę, nadać nowy rytm... Przyjdzie przecież lato i będę mógł leniwie gapić się w niebo z mojego własnego ogródka, balkonu, a więc...będzie lepiej. Co by powiedział na to wszystko psycholog. Nieśmiało zawsze nadawałem sens gromadzeniu pewnych rzeczy: filmów, muzyki. Zdaje się że chodziło o samotność - jeśli z Tobą, to bardzo bym chciał. Poleżmy sobie leniwie w naszym ogrodzie.
---------------------------------------------------------------------------
komentarze [0]